9°C lekkie zachmurzenie

Białystok, koza i teściowa

Felietony, Białystok teściowa - zdjęcie, fotografia

Białystok wreszcie będzie odkorkowany! Wspaniałe wieści: otwarto wiadukt na Sitarskiej i za chwilę odkorkuje się zamknięta od dawna Ciołkowskiego! No i za moment będzie otwarta Wrocławska! Dojlidy, Starosielce, Słoneczny Stok i Leśna Dolina odzyskają łatwy dostęp do reszty miasta. Będzie lepiej, będzie szybciej i nie będzie korków! Wspaniale, z tym że niekoniecznie: korki jak były tak i będą. Śmiem twierdzić, że coraz większe. A wrażenie, że łatwiej się jeździ po mieście pozostanie iluzją.

Sytuacja w Białymstoku przypomina mi do złudzenia dowcip o starym Żydzie i kozie. Otóż wybrał się stary Żyd do rabina narzekając na swoje ciężkie życie:
- Jakie ja mam straszne życie. Mieszkam w małej izdebce z trójką dzieci i żoną. Ciasno nam, nie mamy wolnego miejsca i żyć się nie da. W pracy ciężko pracuję, ale zarabiam grosze i nie stać mnie na nic. Na większe mieszkanie też! A jak wracam do domu to żona wrzeszczy, dzieci krzyczą. Nie mam gdzie odpocząć. Rabbi - co robić?

Rabin zastanowił się i odrzekł: 
- Zaproś teściową do domu. Niech zamieszka razem z Wami. I wróć tu za tydzień. 

Żyd dopytywał się podejrzliwie co to pomoże na jego nieszczęścia, ale szanował rabina, więc zrobił jak mu kazał. Po tygodniu wrócił zbiedzony i załamany. 

- Rabbi. Jakie ja mam nieszczęśliwe życie. Piekło na ziemi po prostu. W moim domu nie da się już mieszkać. Teściowa zrzędzi i wszystko krytykuje, żona wrzeszczy, dzieci płaczą. Aj, aj... Skończę ze sobą, bo nie ma dla mnie życia. 

Rabin pokiwał głową i poradził krótko. 

- Weź teraz kozę do domu.

Żyd załamał ręce i rozpłakał. 

- Rabbi, kozę? Po co koza? Ja już nie mam i tak życia w domu. 

Ale rabin powtórzył stanowczo swoją radę i pobożny Żyd posłuchał. Wrócił po tygodniu zrozpaczony. 

- Rabbi: nieodwołalnie już postanowiłem. Zabiję się, bo życia dla mnie nie ma. Przyszedłem tutaj, żeby Ci o tym powiedzieć. Moje życie jest tak straszne, że nie ma na to słów. Koza beczy, teściowa narzeka i krytykuje, żona krzyczy, dzieci płaczą... Sodoma i gomora. Kupiłem już rewolwer i niezwłocznie się otruję. 

Rabin pocieszył Żyda i poprosił o jeden dzień zwłoki z odebraniem sobie życia. Na koniec powiedział:

- Wyrzuć teściową i kozę z domu i wróć do mnie jutro. 

Następnego dnia o świcie przybiegł do rabina pobożny Żyd pośpiewując głośno w biegu. 

- Rabbi, dziękuję! Moje życie jest piękne. Świat jest cudowny. W domu jest cicho, choć żona trochę krzyczy, a dzieci płaczą. I ile ja mam wolnego miejsca w moim wielkim domu z jedną izdebką! Życie  jest takie wspaniałe...

No cóż... Jesteśmy w Białymstoku na etapie wyrzucenia kozy i teściowej z domu. Dostaliśmy to co mieliśmy wcześniej, ale po miesiącach mordęgi korków, objazdów i remontów. Niewykluczone, że wpadniemy w zachwyt, że zbudowany za kilkadziesiąt milionów wiadukt na Sitarskiej pozwala nam uniknąć objazdu przez most Dąbrowskiego. Nic to, że ma jedną jezdnię, a obok bus pasy, którą raz na pół godziny przejedzie majestatycznie jeden autobus. Nic to, że za chwilę się to zakorkuje, a stojące obok bus pasy będą poprawiały humor rządzących (bo przecież nie transportowy potencjał miasta). Nic to, że Ciołkowskiego w samym środku swojej nowej trasy ma rondo, które za chwilę zakorkuje się niszcząc całą płynność jazdy (a zakorkuje jak amen w pacierzu. Niech tylko nadejdzie wrzesień i ludzie wrócą z wakacji, bo to nie tylko trasa tranzytowa na Lublin, ale i przejazd do dojlidzkich szkół i zakładów pracy). Nic to, że dojazd do domów przy Ciołkowskiego jest czysto teoretyczny i wymaga tęgich objazdów (droga odgrodzona ekranami będzie tylko teoretycznie łatwa do opuszczenia). Nie zdziwi mnie, kiedy okaże się, że także tam magistrat zechce wymalować bus pas. W końcu to jak herb dla nowobogackiego. Jak nie ma szans na inne cechy metropolii to niech będą choć bus pasy. 

A Trasa Niepodległości? Mieszkańcom, pod których oknami przez ostatnie kilkanaście miesięcy wyły koparki, spychacze i młoty pneumatyczne, a błoto i pył brudził podłogi, schody i okna, zmiana tego stanu rzeczy wyda się ósmym cudem świata. Hałas silników, smród spalin tirów i ciągnących tam samochodów w miejsce budowy i trudności z objazdami to będzie jak wywalenie z domu kozy i teściowej. 

Nie jestem tym zdziwiony.  Wiele miesięcy temu pisałem o przepisie Tadeusza Truskolaskiego na reelekcję. Najpierw przez 3 lata piętrzy on kłopoty i pracowicie tworzy problemy do rozwiązania. A potem - tuż przed końcem kadencji - bohatersko je rozwiązuje. Tak było z klikaniem miesięcznymi w autobusach. Przecież ponoć Unia zadrżałaby w posadach a dotacja sama zaczęłaby się zwracać z naszych podatków gdyby ten obowiązek zniesiono. I co? Nadeszły wybory w 2014 i klikanie zniesiono z dnia na dzień, a dotacji nie zwrócono zaś Unia dalej trwa mać. 

Żeby nie było, że tylko wybrzydzam i krytykuję: nie jestem przeciwny budowie dróg i obwodnic w mieście. Rzecz w tym, że gdybym był prezydentem najpierw porozmawiałbym z mieszkańcami pytając czego chcą. Nie robiłbym tego w pozorowanych konsultacjach, o których nikt nie wie. Skorzystałbym z festynu osiedlowego i przy tej okazji pogadał. Poszedłbym do kościołów i cerkwi podczas świąt ich patronów i zapytał. Rozmawiałbym o tym co jest w planach tam gdzie jest najwięcej ludzi. Włożyłbym ulotki do skrzynek zawiadamiając co się kroi. I wybrałbym opcję, którą poprało najwięcej ludzi. A priorytetem każdej budowy byłoby, by była jak najmniej uciążliwa dla mieszkańców. Nawet gdyby miała kosztować kilka groszy więcej. Bo komfortu ludzkiego życia nie da się wycenić. I z pewnością spotkałbym się z przeciwnikami, aby dokładnie poznać ich argumenty, bo może się mylę. Chciałbym przekonać lub zostać przekonanym.

Nie byłem, nie jestem i zapewne nigdy nie będę prezydentem miasta i wcale się do tego nie palę. Chciałbym jednak aby mój prezydent tak właśnie robił. Nie chcę, by wiedział lepiej ode mnie czego ja chcę i potrzebuję, nie chcę by stroił fochy jak usłyszy odmienne zdanie, a potem by zamykał się w gabinetach za cyfrowymi zamkami. Nie chce prezydenta, który udziela audiencji poprzedzonej wydaniem specjalnego certyfikatu przyzwoitości od jego przydupasów.  Chcę prezydenta, który nie będzie łaził z obstawą dopuszczającą tylko wielbicieli, nie gania służbową limuzyną po mieście i pokazujeł się ludziom tylko na otwarciach, przecięciach i paradach. Chciałbym aby prezydent wsiadł na rower (nie raz z roku na tandem z synalkiem z parlamentu). Chciałbym aby mój prezydent przejechał się od czasu do czasu autobusem do pracy, a własnym autem postał z nami w korkach. Chciałbym aby mój prezydent poszedł na ryneczek kupić warzywa i zobaczył czy supermarkety szkodzą czy pomagają białostoczanom. Chciałbym aby zobaczył stare, drewniane domy zanim spłoną. Chciałbym aby posłuchał ludzi zanim okna zasłonią im wielopiętrowe apartamentowce. Słowem - chcę by mój prezydent zobaczył jak bije puls miasta i czym żyją białostoczanie. I, żeby nie był jak rabin doradzający pobożnemu Żydowi, żeby wyrzucił kozę i teściową. 

(Przemysław Sarosiek/ Foto: ASM)

Białystok, koza i teściowa komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na fakty.bialystok.pl