4°C słabe opady deszczu

I gdzie jest ta przemoc tej Straży Leśnej

Kilka dni temu tak zwani obrońcy Puszczy Białowieskiej wespół z Gazetą Wyborczą donosili o pobiciu aktywistów, którzy próbowali nie dopuścić do wycinki drzew. Szybko głos także zabrali posłowie opozycyjni. Wszyscy oni wkrótce pewnie podrapią się po głowie skąd wziąć dowody na pobicie, kiedy trzeba będzie je dostarczyć do prokuratury. Lasy Państwowe bowiem opublikowały film z interwencji. I szok! Nie ma na tym nagraniu żadnego pobicia!

Wykręcają ręce i nogi, do tego uśmiechając się cynicznie. Rzuconych brutalnie na ziemię przyciskają łokciami i kolanami. Tak strażnicy leśni traktują aktywistów stających w obronie Puszczy Białowieskiej” – tak rozpoczynał się artykuł w białostockiej Gazecie Wyborczej opublikowany w miniony czwartek. Ale skąd takie informacje gazeta wzięła, tego ustalić nie sposób. Być może z opowieści aktywistów blokujących wycinkę przeprowadzaną zgodnie z prawem? Z tym, że gazeta również zamieściła filmik, na którym pobicia co prawda nie widać, ale za to słychać krzyki aktywistów o rzekomym pobiciu. I tylko to może usprawiedliwiać podanie nieprawdziwych informacji.

Prawda bowiem okazała się zupełnie inna od tej, o której donosili protestujący w Puszczy Białowieskiej. Dziwne tylko, że dziennikarz nie zaczął od ustalenia, co właściwie robili na tym terenie aktywiści. Znajdowali się bowiem w miejscu, do którego wchodzić nie wolno. Obowiązuje tam czasowy zakaz wstępu. Zakaz wprowadzony z uwagi na niebezpieczeństwo upadku martwego drzewa. Właśnie dlatego usuwane są drzewa, aby osobom odwiedzającym nie stała się krzywda.

- Działania te są zgodne z postanowieniem Trybunału Sprawiedliwości UE z 27 lipca tego roku. Teren, na którym prowadzone są prace, jest objęty okresowym zakazem wstępu. Oznacza to, że osoby, które nie mają specjalnych uprawień, nie mogą tam przebywać. Aktywiści z Obozu dla Puszczy nie tylko łamią notorycznie ten zakaz, a więc prawo, a także nieustannie podejmują próby blokowania prac na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa publicznego, przykuwając się do maszyn leśnych – wyjaśnia Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Białystoku.

Straż Leśna w takich przypadkach jest zmuszona zabezpieczać pracujące tam osoby i sprzęt oraz samych aktywistów z organizacji ekologicznych. Choć tak naprawdę Straż Leśna powinna ukarać mandatami osoby, które znalazły się na terenie objętym zakazem wstępu, albo przekazać ich w ręce policji za złamanie zakazu. Takie podstawowe fakty jednak nie interesowały ani dziennikarza, który opisał incydent, ani polityków, którzy bardzo szybko zabrali głos w sprawie pobicia aktywisty. Pobicia, którego de facto nie było.

Skąd wiadomo, że nie doszło do pobicia? Przede wszystkim z nagrania, jakie wykonał jeden z pracowników służb leśnych. Widać na nim wyraźnie, że o żadnym wykręcaniu rąk, brutalnym rzucaniu na ziemię, ani przygniataniu kolanami, czy też łokciami mowy nie ma. Co jest? Próba powstrzymania jednego z protestujących przed rzuceniem się pod koła ogromnej maszyny zwanej forwaderem.

- Łukasz Łyskawka z Poznania został schwytany podczas próby zablokowania forwardera. Rzucono go na ziemię, strażnicy wgniatali jego twarz kolanami w glebę, dusili. Z Puszczy zabrała go karetka. Spędził kilka godzin w szpitalu. Tomografia wykazała krwiak pod skronią. Ponadto lekarz stwierdził zadrapania szyi świadczące o podduszaniu – mówił białostockiej Gazecie Wyborczej Adam Bohdan z Fundacji Dzika Polska i Obozu dla Puszczy.

Rozmówca zapomniał jednak dodać, że karetkę wezwali sami strażnicy leśni w trosce o zdrowie aktywisty, który zablokował się pomiędzy pniami i na dodatek próbował szarpać się z pracownikami służb leśnych, podczas gdy oni usiłowali nie dopuścić do tego, by zrobił sobie krzywdę. Kiedy już go wyciągnęli, przenieśli w bezpieczne miejsce i jak pisaliśmy, wezwali karetkę. To właśnie jest to rzekome brutalne pobicie, w wyniku którego aktywista miał doznać uszczerbku na zdrowiu, a nawet ponoć istniało zagrożenie życia. W każdym razie to pobicie było tak brutalne i poważne, że „poszkodowany” – ciut nie umierający, został zwolniony ze szpitala. Lekarze, zwyczajnie nie mieli co przy nim robić.

Miał za to co robić sam aktywista. Bo dzień po wyjściu ze szpitala sporządził wniosek do prokuratury. Jego zdaniem strażnik leśny przekroczył swoje uprawnienia. No i oczywiście brutalnie pobił do tego stopnia, że życie aktywisty zawisło na włosku. Tak przynajmniej sprawę relacjonuje białostocka Wyborcza i szybko okrasza wydarzenie komentarzami polityków opozycji. Oni także, choć nie byli na miejscu, wiedzą lepiej, że doszło do brutalnego pobicia mężczyzny, który w ogóle nie miał prawa znaleźć się w miejscu prowadzonych prac wycinkowych.

I tak. Poseł Tomasz Cimoszewicz, z PO, stwierdził, że brutalne pobicie aktywisty, to już kolejny przypadek używania przemocy wobec obywateli przez służby leśne. I na dodatek, że straż leśna nie ma prawa używać siły wobec protestujących. Natomiast poseł Krzysztof Truskolaski z Nowoczesnej zapowiedział złożenie interpelacji do ministra środowiska, w której zapyta, dlaczego pracownicy straży leśnej używają siły fizycznej wobec niewinnych obywateli.

Oto co ustaliła nasza redakcja. Aktywista rzucił się w kierunku forwadera i strażników z kawałkiem metalowej rury na jednej ręce, co widać wyraźnie na nagraniu strażnika leśnego zamieszczonego powyżej. Strażnik, czy inna osoba wykonująca obowiązki ochrony, ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek, użycia przymusu bezpośredniego w sytuacji, kiedy nawet najbardziej pokojowo protestujący aktywista nie stosuje się do jego poleceń. W tym przypadku powinno skończyć się jeszcze dodatkowo mandatem dla aktywisty za przebywanie w miejscu objętym zakazem przebywania.

- W Nadleśnictwie Białowieża, najbardziej dotkniętym kilkuletnią gradacją kornika, przy szlakach komunikacyjnych stoją dziesiątki tysięcy martwych i osłabionych świerków oraz innych drzew, często połamanych i zawieszonych na sąsiednich. Stwarzają one zagrożenie dla zdrowia i życia osób odwiedzających Puszczę Białowieską i dlatego są sukcesywnie usuwane, aby zapewnić bezpieczeństwo publiczne. Niestety, te prace cały czas są utrudniane przez aktywistów związanych z tzw. Obozem dla Puszczy – wyjaśnia Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Białymstoku.

Obowiązkiem służb leśnych w takim przypadku jest zapewnienie bezpieczeństwa, co w przypadku martwego drzewa musi skończyć się wycinką. Identycznie dzieje się w każdym innym lesie i puszczy w całym kraju. W przeciwnym razie, gdyby doszło do wypadku z udziałem martwego drzewa, konsekwencje służbowe ponieśliby pracownicy lasów i straż leśna. Do niektórych te oczywiste fakty wciąż nie docierają. Oczywiście mogą nie docierać do dziennikarza, mogą nie docierać do polityków, mogą nie docierać też do aktywistów. Tylko nie zmienia to faktu, że prawo jest w tym przypadku jednoznaczne i nie ma mowy o żadnym innym.

Skoro sprawa oprze się o prokuraturę w związku ze złożonym zawiadomieniem o brutalnym pobiciu aktywisty przez pracowników straży leśnej, zarówno on, jak i wszyscy, którzy powielali tę informację, powinni mieć dowody na swoje słowa. W tym przypadku może być bardzo ciężko ze zgromadzeniem dowodów. W ostateczności można jeszcze czekać na cud. Jeśli chodzi o naszą redakcję, nas boli ta brutalność… konkretnie boli mózg. A najbardziej od czytania i wysłuchiwania bredni.

(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska/ Foto: bialystok.lasy.gov.pl)

I gdzie jest ta przemoc tej Straży Leśnej komentarze opinie

  • gość 2017-10-07 18:24:39

    Ja nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Dotyczy to puszczy i demokratycznych mediów. Brawo WY.

Dodajesz jako: Zaloguj się