3°C bezchmurnie

Jak przekonać Australijczyka, żeby zjadł gęsie pipki. Czyli nasza wizyta w Sokołdzie

Smaczny Białystok, przekonać Australijczyka żeby zjadł gęsie pipki Czyli nasza wizyta Sokołdzie - zdjęcie, fotografia

Pomału przyzwyczajamy Was, że co sobota prezentujemy na naszych łamach różne miejscówki, które odwiedzamy i nawet się w nich stołujemy. Zanim nas gdzieś nie otrują za krytyczne recenzje, będziemy hulać do woli i dzielić się wrażeniami. Dziś słów kilka o zajeździe i restauracji Sokołda. Choć mniej w tym będzie recenzji, a więcej ciekawej przygody, którą przeżyliśmy z pewnym Australijczykiem.

Otóż historia ta sięga początku tego roku. Na ulicach leżał jeszcze śnieg, a trasa do Krynek malowała się pięknymi podlaskimi krajobrazami. Dla tych, którzy nie wiedzą, wyjaśniamy – wieś Sokołda leży jakieś 25 kilometrów od Białegostoku. W Supraślu trzeba odbić na Krynki i przejechać dosłownie około 10 kilometrów. Niewiele metrów za znakiem z napisem „Sokołda” należy skręcić w lewo i wjechać na posesję. Można wjeżdżać bez obaw, bo parking jest dość spory i zadbany.

Ale teraz o tym, jakim cudem w Sokołdzie znalazł się Australijczyk. To nasz kolega, ma na imię Johny i kocha Białystok nie mniej niż Melbourne, z którego pochodzi. Przyjeżdża tu kilka razy do roku i zostaje na kilka miesięcy. Można powiedzieć, że od kilku lat połowę roku spędza w Białymstoku, drugą połowę w swoim kraju, znaczy się w Australii. Ci, którzy są bywalcami białostockich dyskotek, z pewnością znają Johnego. To bardzo pozytywny człowiek, któremu raczej niewiele w życiu przeszkadza, a większość cieszy. A skoro bywa wyłącznie w Białymstoku i jego licznych klubach lub restauracjach, postanowiliśmy mu pokazać nieco naszej podlaskiej ziemi. Niech zobaczy tę naszą różnorodność, bo w przeciwnym razie będzie miał zdjęcia wyłącznie z białostockich dyskotek. W tym celu zabraliśmy go najpierw do Supraśla, którym się zachwycił i pocięliśmy prosto na Sokołdę.

Już przed lokalem zachwycał się spokojem, ogromną masą zieleni, ciszą i pięknymi widokami Puszczy Knyszyńskiej. Nie mógł uwierzyć, że zaledwie 25 kilometrów od naszego miasta, prawie zupełnie znikła cywilizacja. Takiego lasu w Australii nie ma. Nie ma również takiej zabudowy i koni chodzących poboczem. Czuł się jakby trafił do bajki. A jeszcze nikt niczego nawet nie wypił.

W restauracji cichutko, czyściutko i bardzo przyjemnie. Naprawdę, wnętrze jest bardzo przyjemne, ciepłe, przytulne, dużo drewna. Duże stoły, wygodne krzesła. Gości akurat było niewiele, więc zajęliśmy stolik zaraz obok okna, żeby móc podziwiać piękne zimowe pejzaże. I zaczęło się… Podchodzi kelner, przynosi karty dań. Każdy z nas chwycił za swoją kartę. I tylko jeden Johny siedział, przeglądał, wertował, coraz bardziej nerwowo. W przód, w tył, prosił byśmy się zamienili kartami. Najpierw nie skumaliśmy o co chodzi, ale po chwili stało się jasne – karta dań jest tylko po polsku.

Wołamy zatem kelnera i prosimy o kartę dań po angielsku. On zdziwiony. Mówi, że nie ma. Karta jest wyłącznie po polsku. W zasadzie tak powinno być, skoro jesteśmy w Polsce. Ale… ponieważ lokal jest na trasie, po której jeżdżą różni turyści, to może warto by było przynajmniej jedną mieć przygotowaną na takie sytuacje, kiedy przyjeżdża człowiek, który po polsku to tylko „kur…” oraz „cześć” plus inne drobne wyrazy. Swoją drogą dlaczego akurat znał wyraz „truskawka”? Nie ważne… Postanowiliśmy pomóc Johnemu, żeby nie wrócił z puszczy głodny do cywilizacji.

No i masz ci los. Kolejna awaria. Karta dań obejmowała między innymi dania o nazwie: „gęsie pipki”, wereniki z czymś tam”, przepiórka po jakiemuś tam, sznycel po zbójnicku, czy jakiemuś innemu”. Weź to kuźwa tłumacz człowieku! Co to w ogóle jest?! Jedno z nas próbowało tłumaczyć coś o pussy duck, ale Johny się tylko skrzywił i powiedział, że jednak nie będzie próbował żadnych lokalnych specjałów. Woli chyba napić się coli i to wystarczy. Tym bardziej, że jakieś ptactwo zaczęło chodzić za oknem i Johny coś zaczął tłumaczyć o okaleczaniu takich miłych stworzonek. A kiedy usłyszał jeszcze o innych ptaszkach – o tych przepiórkach – to stwierdził, że chyba spóźni się na samolot i że w Melbourne to właśnie kładą się spać, a jemu też by się przydało.

No dobra. Wołamy kelnera raz jeszcze. Tłumacz pan z polskiego na polski, o co tu chodzi z tym obiadem. Bo gadka z Johnym była na tyle zajmująca i tak bardzo zajęliśmy się tłumaczeniem, że po około 10 minutach zorientowaliśmy się, że sami nie wiemy co zamówić. Powód zresztą ten sam co u Johnego. Widzimy litery, ale nie rozumiemy ich znaczenia. Nigdy wcześniej żadne z nas nie jadło werenik czy pipek. Albo i jadło, tylko nie wiedziało, że jadło takie coś. W każdym razie, rozmowa była mniej więcej taka jak ślepego z głuchym o kolorach. Postanowiliśmy jednak nie poddawać się i zacząć tematy obiadowe inaczej.

Kierowca z ostrożności zamówił kawę, bo przynajmniej wiadomo co to jest i jak wygląda. Pozostali – w tym Johny – piwo, bo przynajmniej wiadomo, że niezależnie od wszystkiego, wejdzie alkohol. A skoro wchodzi alkohol… to wiadomo, że nic tak języków nie rozwiązuje. Po alkoholu można rozmawiać w dowolnym języku i się da dogadać we wszystkich tematach, włącznie z podjęciem dyskusji o wojnie secesyjnej w USA. Potwierdzone info. Kto próbował, ten wie. My próbowaliśmy kilka razy i zawsze się udawało, więc mieliśmy już doświadczenie w tym temacie. Zatem podjęliśmy podejście trzecie. Wołamy znów kelnera i tym razem nam zaświtało, że może zna angielski. Zonk! Nie znał. Przyszła kelnerka do pomocy. I… angielskiego też nie znała. Ale za to znała język polski i dzięki temu przynajmniej się dowiedzieliśmy o co c’mon z tymi pipkami. Ostatecznie z pomocą przyszły nam internety. Nota bene najlepszy wynalazek od czasów wynalezienia koła.

I co? Hurrra! Jest pismo obrazkowe! Są zdjęcia dań na talerzu! Johny mógł zamówić obiad pokazując na niego palcem. Zamówiliśmy. Sznycel, kotlet drobiowy oraz te wereniki. Pyszota. Palce lizać. Polecamy Sokołdę z całego serca. Jedzenie przepyszne, a i najeść się można pod korek. Przy okazji mieliśmy kupę śmiechu i nauczyliśmy się kilku nowych wyrazów. To była jedna z naszych pierwszych wizyt, po której stwierdziliśmy, że fajnie będzie pokręcić się po okolicy i poopisywać restauracje oraz to, co mają do zaoferowania. W Sokołdzie na pewno mają dobry humor, przemiłą obsługę, która starała się jak mogła, żeby podać obiad – co się w końcu udało. A wiadomo, że przecież liczy się efekt końcowy. W każdym razie, Sokołda przypadła nam tak do gustu, że byliśmy tam jeszcze wiele razy później.

Obiecujemy opisać jeszcze dokładniej dania tamtejszej sokołdowskiej? Czy jak ją tam zwał, ale dobrej kuchni, bo planujemy się niebawem wybrać ponownie. Może Johny znów z nami pojedzie…Na razie na spróbowanie gęsich pipek się nie odważył.

(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska)

Jak przekonać Australijczyka, żeby zjadł gęsie pipki. Czyli nasza wizyta w Sokołdzie komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na fakty.bialystok.pl