3°C lekkie zachmurzenie

W Spiżarni Smaków w Supraślu zaczęło się od walki o stolik

Smaczny Białystok, Spiżarni Smaków Supraślu zaczęło walki stolik - zdjęcie, fotografia

Supraśl. Tak blisko a zarazem daleko, że do tej pory, pomimo wielu doskonale nam znanych miejscowych atrakcji nigdy tam nie dotarliśmy. No chyba, że przejazdem. Ale zawsze musi być ten pierwszy raz i tym razem bez względu na okoliczności podjęliśmy ostateczną decyzję, że tego dnia odwiedzimy tę bardzo klimatyczną miejscowość i tam organoleptycznie sprawdzimy jakość serwowanych dań w jednej z licznych restauracji. Tym o to sposobem, po krótkiej przejażdżce po okolicy wybraliśmy ciekawie położony lokal o intrygującej nazwie „Spiżarnia Smaków”.

Supraśl to malownicza miejscowość położona w bliskiej odległości od Białegostoku. Niespełna 13 km powoduje, że w niemal każdy weekend supraskie ulice są pełne turystów. Wiadomo, że nie tylko tych przyjeżdżających ze stolicy województwa, ale coraz częściej Supraśl odwiedza także wielu ludzi z innych miast naszego kraju. Spowodowane jest to m.in. uzdrowiskowym charakterem miejscowości. Supraśl to także idealne miejsce wypadowe do zwiedzania okolicznych atrakcji. Praktycznie z każdej strony otoczone jest Puszczą Knyszyńską, w sumie też i w bliskiej odległości od rzeki Narwi, z czystym powietrzem i specyficznym mikroklimatem jest jedną z ciekawszych osad na Podlasiu. Niewątpliwą atrakcją turystyczną jest także pięknie położony prawosławny monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy Maryi i św. Apostoła Jana Teologa.

W każdym razie nas zaniosło nie do monasteru, ale wprost do restauracji. „Spiżarnia Smaków” to stosunkowo nowe miejsce na kulinarnej mapie Supraśla. Tradycyjna kuchnia i regionalne potrawy mają być wizytówką tego miejsca, ale czy będą...? Tego nie wiedzieliśmy. Ale skoro już wiemy, to bierzcie popcorn, zapinajcie pasy i jedziemy.

Już pobieżny rzut oka na lokal sprawił, że mieliśmy jakieś podejrzanie dobre przeczucie co do tego miejsca. W środku miło, przytulnie i gwarnie. Tylko nosz w mordę! Wszystkie miejsca pozajmowane i tylko „psim swędem” udało nam się dostać stolik. Ale w tym celu delikatnie uprzedziliśmy pewne małżeństwo. No i powstała taka oto sytuacja, że pan tu nie stał, a pani też nie stała. Jeszcze chwila a zawiązałby się komitet kolejkowy do jedynego wolnego stolika. Nie było rady, sprawę rozwiązał personel, który pozwolił usiąść nam. A co! Się ma, się gra!

Ale… My siedzimy, małżeństwo stoi. Zrobiło nam się z tego powodu delikatnie przykro i postanowiliśmy zaprosić ich do naszego stolika. Gościnność to poniekąd nasza cecha narodowa, a że miejsce było, więc nie mogło być inaczej. Zmieściliśmy się. Okazało się, że nasi niedzielni obiadowi towarzysze to przesympatyczne małżeństwo z Łodzi. Znaleźliśmy wspólny język i przez blisko dwie godziny z pasją opowiadaliśmy gościom o urokach życia na Podlasiu. A w międzyczasie oczywiście przystąpiliśmy do konsumpcji dań, które zamówiliśmy, a bez których niedzielny obiad zacząć się nie może… Czyli tradycyjnie. Na początek...piwo. I tu niespodzianka. Duży wybór piw regionalnych czy litewskich, tak więc tu na plus, bo tych naszych piw z kompanii piwowarskich pić się nie da. „Siki weroniki” jednym słowem. ”Nie wiem, nie piję, nie wypowiadam się” to słowa naczelnej na nasze piwne narzekania.

Tak więc delikatna spinka o stolik zakończyła się w zasadzie wspólnym zamówieniem. Na początek wjechały krem serowy oraz barszcz ukraiński. Krem serowy – bomba! Tego smaku nie da się opisać, po prostu trzeba go spróbować. Oczywiście jedna maruda z naszej ekipki coś tam bąkała, że za zimny, bo jemu akurat musi być wrzątek podany na talerzu. Zatem swój barszcz dostał w takiej temperaturze, żeby kawę mógłby zaparzyć. A krem serowy, był w sam raz, mimo jego marudzenia.

Nasi towarzysze tymczasem postanowili skosztować gołąbków ziemniaczanych i bez żadnego focha pozwalali pozować do zdjęcia swoim talerzom. Jako, że nie wpychaliśmy im sztućców do obiadu, więc musimy uwierzyć na słowo, że były dobre, ale bez szału. W międzyczasie doradzaliśmy, gdzie w okolicy warto wybrać się na zwiedzanie, gdzie na dobrą michę i wymieniliśmy kilka zdań na temat wylewania hektolitrów asfaltu z betonem w Białymstoku. I tak nam mijał czas do drugiego dania.

Po czym na stół wjechały zrazy z karkóweczki, z kaszą podaną w papryczkach. Wjechał również schabowy, gdyż to danie w zasadzie trudno schrzanić, a wszędzie smakuje kompletnie inaczej. Chcieliśmy mieć porównanie. Najpierw o schabowym. Porządny, gruby i wielki. Do tego solidna porcja gotowanych ziemniaków i bardzo ciekawie podana surówka z czerwonych buraków. Surówka była w słoiku. Zero powodów do narzekania. Pyszota – jednym słowem. Zrazy z kolei świetnie przyprawione z ciemnym sosem smakowały bosko. Mięso mięciutkie, nie rozwalało się, łatwo je było pokroić. Do tego kasza z zielonym groszkiem podana w papryczkach. Normalnie palce lizać. To powinien być zestaw obowiązkowy dla każdego kto zawita do Spiżarni Smaków.

Nasi towarzysze postanowili jeszcze po gołąbkach też domówić nieco strawy. Tym razem były to kotlety ziemniaczane i skoro nadal nie wsadzaliśmy tam nawet pół widelca, wierzymy na słowo, że były pyszne. Przynajmniej małżeństwo z Łodzi strasznie je zachwalało. Zaś sam wygląd tego dania, zdawał się potwierdzać ich słowa.

I tak sobie próbowaliśmy, rozmawialiśmy, a czas mijał. Mijał i mijał i jakoś nie za bardzo chciało nam się rozstać, choć nieco wcześniej to my wygraliśmy walkę o stolik. Zatem, co było robić? Po prostu zamówiliśmy deser. Była to jeszcze jedna okazja do tego, żeby pogawędzić. A podano nam przepyszne ciasto, robione na miejscu.

A już tak zupełnie na koniec, kiedy małżonek stwierdził kategorycznie, że czeka go kilkugodzinne posiedzenie za kierownicą, to na odchodne postanowiliśmy razem trzasnąć pamiątkowe zdjęcie.

Reasumując „Spiżarnia smaków” to bardzo urokliwe miejsce z niewątpliwie dobrą kuchnią, bardzo dobrą obsługą, która potrafiła wyczerpująco odpowiedzieć nam na wszystkie pytania i na dodatek doradzić, co lepsze. Począwszy od znakomitego litewskiego zimnego browara, po dania czy desery. Przystępne ceny, to także kolejny atut. Tu aż tak mocno się nie „wykrwawaliśmy”, choć solidnie pojedliśmy. A trzeba dodać, że i dania też miały swoją wielkość.

Co jeszcze musicie wiedzieć o Spiżarni Smaków? Jest tam kącik dla dzieci i można wejść swobodnie ze swoim pupilem do środka. Jedyny zaś minus, jaki udało nam się zauważyć, to działa tam jedna koedukacyjna toaleta. Ale za to czysta i z dala od gości restauracyjnych. Zaparkować pod lokalem także się da – pod warunkiem, że akurat pół naszego miasta nie zjechało do Supraśla i drugie pół z Łodzi.

SKALA 1 – 6

WYSTRÓJ – 4,0

POTRAWY – 5,0

SERWIS – 5,5

CZYSTOŚĆ,TOALETA – 4,0

MENU – 5,0

Nasza łączna ocena restauracji Spiżarnia Smaków w Surpaślu to 4,7. Stwierdzamy, że warto tam pojechać, zjeść i pokręcić się po okolicy. Jest pięknie, smacznie i naprawdę niedrogo. Jest też blisko Białegostoku. Serdecznie polecamy i wystawiamy wysoką notę. My z pewnością tam wrócimy niejeden raz. A już za tydzień na naszych łamach pojawi się opis kolejnej miejscówki, którą odwiedziliśmy. Stay tuned.

(Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska o Maciej Kudrycki)

W Spiżarni Smaków w Supraślu zaczęło się od walki o stolik komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na fakty.bialystok.pl